Tytuł: Miasto ślepców
Scenariusz: Don McKellar
Reżyseria: Fernando Meirelles
Zdjęcia: César Charlone
Muzyka: Marco Antônio Guimarães
Obsada: Julianne Moore, Mark Ruffalo, Gael Garcia Bernal, Alice Braga, Danny Glover, Yusuke Iseya
Rok produkcji: 2008
Czas trwania: 121 min
Kiedy w 2002 roku do kin wchodziło Miasto Boga, czuć było powiew świeżości znad Amazonii. Film został okrzyknięty arcydziełem, a brazylijski reżyser trafił do Hollywood. Wraz z wielkimi pieniędzmi i wielkimi gwiazdami w obsadzie przyszły kompromisy artystyczne i przeciętny Wierny ogrodnik (2005). Miasto ślepców (zbieżność tytułów z Miastem Boga jest wymysłem polskiego dystrybutora – oryginalny tytuł to po prostu Blindness) Fernando Meirelles nakręcił poza hollywoodzkimi studiami. Błahy z pozoru fakt od razu rzuca się w oczy.
Reżyser akcję swojego najnowszego dzieła sytuuje w bliżej nieokreślonym mieście, które zostaje dotknięte plagą niewyjaśnionej "białej ślepoty". Zarażeni chorobą ludzie zostają zamknięci w szpitalu-getcie, zupełnie pozbawieni opieki. Przerażone całą sytuacją Ministerstwo Zdrowia obwarowuje placówkę wojskiem i pod groźbą śmierci zabrania niewidomym wychodzenia poza wyznaczone granice izolatki.
Meirelles bawi się konwencją filmu katastroficznego burząc wypracowane schematy gatunku. Tak więc zdrowi ludzie nie obwarowują się przed zagrożeniem na małej przestrzeni, ale owo zagrożenie jest przez nich ujarzmiane i zamykane. Wykreowany przez reżysera mikroświat staje się oczywiście metonimią świata w ogóle. Ślepcy zamieszkują trzy pokoje: w pierwszym panują rządy demokratyczne, w drugim totalitarne, w trzecim... trzeciego pokoju z niewiadomych powodów nie poznamy. Przez ekran przewija się galeria postaci, z którymi już nie raz w kinie katastroficznym się spotykaliśmy. Mamy więc lekarza (Mark Ruffalo) próbującego nad wszystkim zapanować, parę imigrantów z Japonii (Yusuke Iseya i Yoshino Kimura) reprezentujących odmienną kulturę. Mamy starego, doświadczonego przez życie człowieka (Danny Glover), w którego nowa rzeczywistość tchnie drugą młodość, młodą dziewczynę (Alice Braga), która popełniła w swoim życiu kilka głupstw. Jest oczywiście czarny charakter (Gael Garcia Bernal) wykorzystujący zaistniałą sytuację do własnych celów. Jest też niewinne dziecko. Na tle tej galerii typów ludzkich jedyną nie wpisującą się w klisze postacią jest żona lekarza (Julianne Moore), która jako jedyna nie straciła wzroku. Ale znowu coś do konwencji nie pasuje: bohaterowie do końca filmu pozostają anonimowi. Nie dowiemy się jak mają na imię, nie dowiemy się niczego o ich przeszłości. Owszem, tradycyjna przemiana bohaterów nastąpi, ale pójdzie ona w zupełnie niespodziewanych kierunkach.
Reżyser, korzystając z dorobku konwencji gatunkowej, kreuje współczesną przypowieść o wszechogarniającej świat znieczulicy. Odmawia więc postaciom zgłębionego portretu psychologicznego, skazując je na funkcjonowanie w roli figur. Ten symboliczny porządek zestawia z wręcz naturalistycznym obrazowaniem, nie szczędząc nam widoku zdegradowanych ludzkich ciał, gwałtów i korytarzy pełnych ekskrementów (nikt nie widzi, więc można załatwiać swoje potrzeby gdzie wygodniej).
Po ekranie przesuwają się psychologiczne figury, które z biegiem czasu zostają przytłoczone przez fizjologię. Właśnie dzięki fizjologii, z pozoru schematyczne postaci zaczynają wymykać się klasyfikacjom i rozbijać klisze, na których zostały wykreowane. Poczciwy doktor okazuje się mieć potrzeby seksualne, których jego żona zaspokoić nie będzie mogła. Zwróci się więc do innej kobiety. Dla Japonki ważniejszy od godności osobistej staje się dręczący głód. By napełnić żołądek, przeciwstawi się więc woli męża.
Aktorstwo spełnia w filmie funkcję instrumentalną. Postacie są sztywno wpisane w wykreowany świat i trudno tutaj o pole do wirtuozerskich popisów. Znakomici skądinąd aktorzy wtapiają się więc w strukturę filmu, nie zwracając większej uwagi na swoje umiejętności.
Paradoksalnie, naturalizm jest w Mieście ślepców o wiele bardziej fascynujący niż symbolizm. Nie sposób przecenić znakomitych zdjęć, które stanowią najmocniejszy atut filmu. Praca Cesara Charlone’a to prawdziwy operatorski majstersztyk: utrzymane w błękitno-bladej kolorystyce, rozmyte kadry w połączeniu z licznymi zbliżeniami i detalami tworzą sugestywny obraz (!) ogarniającej świat ślepoty. Intrygująco gra tutaj kolor. Znowu wbrew przyzwyczajeniom, to biel przypisana jest ślepocie, a ciemne barwy wiążą się z posiadaniem wzroku.
O ile "opowiadanie obrazem" funkcjonuje tutaj bez zarzutu, o tyle narracja na poziomie fabuły pozostawia wiele do życzenia. W środku akcji Meirelles wprowadza do filmu głos narratora, który po paru chwilach znika by pojawić się znowu w finale. Ten zupełnie niepotrzebny zabieg nie tylko burzy spójność konstrukcji, ale niebezpiecznie zbliża Miasto ślepców do nachalności moralitetu.
W przestrzeni symbolicznej reżyser balansuje na granicy banału. Już sama metafora ślepoty jako zobojętnienia na drugiego człowieka wydaje się być pretensjonalna i mocno ograna. Choć trzeba przyznać, że werystyczny sposób obrazowania dodaje jej nieco świeżości, ujmując przy tym pretensjonalności. Budując swoją parabolę, Meirelles nie ucieka się na szczęście do prawienia bezpośrednich morałów. Przemycając "złote myśli" w ramach sugestii, pozostawia jednak niewiele miejsca na polemikę.
Źródła epidemii ślepoty doszukuje się reżyser w odejściu od Boga. W pierwszych minutach filmu główna bohaterka rozmawia ze swoim mężem o agnostycyzmie, klamrą dla tej sceny jest wizyta w kościele, w którym kaznodzieja jednoznacznie twierdzi, że ślepota to kara boska. To jedyna w całym filmie próba odpowiedzi na pytanie o białą chorobę. Sugestia interwencji sił nadprzyrodzonych jest jeszcze jedna.
Symbolem równie istotnym co ślepota jest w dziele Meirellesa woda. W porządku naturalistycznym pozwala ona nie tylko zaspokoić pragnienie, ale także zachować choć jedno znamię człowieczeństwa – czystość swojego ciała. Na poziomie symboliki konotuje oczywiście oczyszczenie duchowe. Spadający z nieba deszcz jest zwiastunem boskiej interwencji i nadchodzących zmian.
Wyjątkowo trywialnie zostały ukazane postaci żołnierzy, którzy z bezwzględnym posłuszeństwem wykonują polecenia rządu, nie raz uciekając się do mordu. Podobnie jak w przypadku ślepców, mamy tu do czynienia z figurą metaforyczną. Jednak figura ta nie wykracza poza ramy kliszy i taka pozostaje do końca. Wraz z przemianą głównych bohaterów zaczyna odstawać od przedstawionego świata, co w końcowym efekcie wpływa na jego wewnętrzną spójność.
Trójpoziomowa struktura dzieła Meirellesa sprawdza się więc niestety tylko połowicznie. Miasto ślepców jako parabola pozostawia wiele do życzenia. Gra z konwencją filmu katastroficznego, choć jako całość prezentuje się nader interesująco, niesie ze sobą parę niekonsekwencji. Na uwagę zasługuje przede wszystkim warstwa naturalistyczna - opowieść o niedoskonałości ludzkiego ciała, fizjologii, izolacji oraz skutkach pozbawienia prawdopodobnie najważniejszego ze zmysłów. A z pewnością najważniejszego w kinie.
Autor: Paweł Świerczek