Wpisy z tagiem: science-fiction
piątek, 15 stycznia 2010
Tytuł: Blade Runner: The Final Cut Scenariusz: Hampton Fancher, David Webb Peoples Reżyseria: Ridley Scott Zdjęcia: Jordan Cronenweth Muzyka: Vangelis Obsada: Harrison Ford, Sean Young, Rutger Hauer, Daryl Hannah Rok produkcji: 1982 (2007 - The Final Cut) Czas trwania: 117 min
Wybrany przeze mnie fragment filmu Łowca androidów: ostateczna wersja reżyserska, który chciałbym zanalizować, otwiera zajmujący prawie cały kadr, usytuowany centralnie na czarnym tle, duży biały napis: "Los Angeles November, 2019". Pojawienie się owego napisu, podkreślonego poprzez gong i bębny w warstwie dźwiękowej, bardzo zdecydowanie sytuuje widza w świecie przedstawionym filmu oraz uruchamia w jego umyśle ciąg skojarzeń związany z nazwą miasta, które za chwile ujrzy: Los Angeles – Miasto Aniołów. Następny kadr uświadamia jednak, jak bardzo złudne było wyobrażenie konotowane przez ową nazwę. Na początku widać jedynie serię wybuchów w środku kadru, następnie przestrzeń się rozjaśnia, ukazując ogromne, nieskończenie wielkie miasto-moloch, które wcale nie zachęca do zagłębienia się w jego przestrzeń. Miasto to bardzo jednoznacznie kojarzy się z biblijnym Piekłem, a interpretację tę potwierdza użycie wielu specyficznych środków filmowych. Widać je z bardzo wysoka, w planie totalnym; rozciąga się aż po horyzont. Niebo nad nim jest całkowicie pokryte ciemnymi, prawie czarnymi chmurami. Połączenie wybuchów, wyziewów z wielkich rafineryjnych kominów oraz świateł miasta i chmur tworzy brunatną, "brudną" kolorystykę kadru. Kamera bardzo wolno porusza się przed siebie, następuje huk, błysk pioruna i… przejście do kolejnego ujęcia, również rozpoczynającego się od wybuchu. Kamera tak, jak w poprzednim ujęciu, podąża przed siebie, teraz jednak widać w tym ruchu wyraźny cel; w centralnej części kadru rozpoznać można zarysy dwóch piramid, kształtem przypominających budowle Majów, wyraźnie odcinających się od oglądanego dotychczas krajobrazu.
Widz konsekwentnie zbliża się do tajemniczych budowli, a im bliżej piramid, tym krótsze stają się ujęcia; zmienia się także kolorystyka: z budowli wydobywają się w górę słupy niebieskiego światła, same piramidy przedstawione są również w niebieskich barwach, kontrastujących z tym, co można było zaobserwować wcześniej. W kolejnych ujęciach jedna z piramid staje się dominującym obiektem w kadrze, by w końcu zawłaszczyć sobie całą przestrzeń – sfilmowanie jej od dołu wzmaga poczucie monumentalizmu, niezwykłości i wagi tej budowli dla całej sceny, a także dla całego filmu. Widz jest już tak blisko…
Reżyser na chwilę pozwala wejść do środka, pokazuje stojącego plecami do kamery człowieka, w oświetlonym na niebiesko przez ogromne okno pokoju. Przestrzeń ta sprawia jednak wrażenie, jakby nie potrzebowała widza, wyrzuca go szybko i sytuuje ponownie przed piramidą. Ta sama sytuacja powtarza się jeszcze raz, lecz tym razem kamera usytuowana jest dalej od stojącego mężczyzny, dzięki czemu można zwrócić uwagę na pewne szczegóły – ascetycznie urządzony pokój z wentylatorem na suficie, stołem i komputerem, dym papierosowy unoszący się w powietrzu… Kamera ponownie wychodzi na zewnątrz, lecz już po chwili następuje najazd na jedno z okien piramidy, przez które można zobaczyć owego tajemniczego mężczyznę. Jego tożsamość już wkrótce zostanie wyjawiona, zanim to jednak nastąpi, warto zwrócić uwagę na krótkie ujęcia, które pojawiają się jedynie w początkowej sekwencji filmu. Mowa o oku, ukazanym dwukrotnie, na około trzy sekundy, pomiędzy ujęciami piramidy. Oko zajmuje cały kadr, ważne jest także to, że odbija się w nim panorama całego Los Angeles. Jaką rolę pełni ono w filmie? Co może oznaczać nieumotywowane wpisanie go w świat przedstawiony dzieła? Na to pytanie odpowiem na samym końcu, gdyż jest ono kluczowe dla interpretacji analizowanego przeze mnie fragmentu, a także całego filmu. Na razie jednak wrócę do wnętrza piramidy…
Widz znajduje się w siedzibie korporacji Tyrell, która – jak wiadomo z filmowego wprowadzenia – zajmuje się tworzeniem replikantów (w tym najnowszej generacji: Nexus 6), czyli istot podobnych do ludzi, jednak przewyższających ich inteligencją i siłą fizyczną, wykorzystywanych do pracy w pozaziemskich koloniach. Wiadomo również, że po buncie na jednej z kolonii, pobyt replikantów na Ziemi został zakazany, a ich eliminacją zajmują się specjalne jednostki policji, zwane Blade Runner. Jedyną szansą na rozpoznanie replikanta jest specjalny test empatii, polegający na zadawaniu osobie badanej pytań i obserwacji reakcji jej gałki ocznej.
Właśnie na taki test wezwany został Leon, nowy pracownik w korporacji. Widz poznaje również tajemniczego mężczyznę – jest nim Holden, osoba odpowiedzialna za przeprowadzanie wspomnianego już testu nowym pracownikom. Leon i Holden siadają naprzeciw siebie przy dużym stole; w tle słychać, że w korporacji na jednym z poziomów ogłoszono alarm, co wzmaga uczucie napięcia towarzyszącego tej scenie. Kamera poprzez ujęcie – przeciwujęcie pokazuje zarówno Holdena, jak i Leona, jednak ostrość kadru ustawiona jest na stojący pomiędzy nimi przyrząd przypominający oko, ze złowieszczą czerwoną diodą w miejscu źrenicy, co może sugerować, że to ten właśnie przyrząd, bezduszna maszyna, a nie człowiek, jest w tym momencie najważniejsza i rozstrzygnie o tożsamości badanego.
Leon w trakcie testu jest wyraźnie zestresowany, co chwila przerywa Holdenowi, oczekuje podania dokładniejszych informacji, np. na jakiej jest pustyni, co tam robi. Sprawia to wrażenie, jakby nie był on zdolny do myślenia abstrakcyjnego, tworzenia w swoim umyśle hipotetycznych sytuacji, zamiast tego żąda umiejscowienia siebie w konkretnym „tu i teraz”. Wraz z rozwojem testu, kadr coraz bardziej się zawęża, przestrzeń staje się klaustrofobiczna, ujęcia skupione są teraz jedynie na twarzach rozmówców. Wyraźne zmiany następują również w ścieżce dźwiękowej – od momentu wyznania Leona: "I’ve never seen a turtle" dodane zostaje echo, ostrzegawczy dźwięk wydobywający się z obsługiwanego przez Holdena urządzenia oraz narastające, regularne uderzenia, przypominające bicie serca. Widz nie ma szansy ucieczki, czeka na nieuchronnie zbliżający się punkt kulminacyjny, jednak zamiast tego wszystko ucicha, a kadr się rozszerza, ukazując obu mężczyzn w planie ogólnym, siedzących przy stole. Uspokojenie jest jednak tylko pozorne, bowiem Leon niepostrzeżenie sięga pod stołem po broń i gdy Holden pyta go o wspomnienia związane z matką, ten mówi: "Let me tell you about my mother" (znów ostrzegawczy dźwięk urządzenia), po czym strzela do Holdena dwa razy. Leon został postawiony w sytuacji bez wyjścia; nie był w stanie odpowiedzieć na pytanie, ponieważ jest tworem sztucznym, którego matką jest technologia. Wspomnienia związane z biologicznym rodzicem to obce mu doświadczenia.
Teraz mogę odpowiedzieć na pytanie, co oznacza oko, pojawiające się dwa razy w scenie poprzedzającej przesłuchanie. Moim zdaniem można je zinterpretować w kontekście Wielkiego Brata – Wszechwiedzącego Oka, które patrzy. Odbijające się w źrenicy miasto może sugerować, że całe społeczeństwo świata przyszłości podlega nieustannej inwigilacji, a Wielkim Bratem jest tutaj korporacja Tyrell. Niejako w opozycji do miasta-Inferno jest ona tutaj przedstawiona jako Demiurg, Stwórca, który jako jedyny ma prawo decydować o życiu lub śmierci jednostek, przez sprawdzanie ich "ludzkiej" tożsamości; ma również monopol na tworzenie życia i manipulowanie nim. Koncepcję Tyrell-Demiurg potwierdza również to, iż siedzibą korporacji jest nic innego, jak piramida, czyli miejsce święte, szczególnie ważne dla danej społeczności. W tym świecie władzę sprawuje jedna korporacja, która zastąpiła anachronicznego Boga nowym bogiem – technologią.
Autor: Adam Andrysek
Tytuł: Avatar Scenariusz: James Cameron Reżyseria: James Cameron Zdjęcia: Mauro Fiore Muzyka: James Horner Obsada: Sam Worthington, Zoe Saldana, Stephen Lang, Sigourney Weaver, Michelle Rodriguez Rok produkcji: 2009 Czas trwania: 162 min
Długo oczekiwany film Jamesa Camerona jednych zaskoczył, porwał widowiskowością i kreacją świata przedstawionego, innych zdecydowanie zawiódł przez fabularną naiwność. Jedni bronią go zaciekle, drudzy mieszają z błotem. Komu przyznać rację? Jak zwykle, każdemu po części. Postanowiliśmy skonfrontować dwie odmienne opinie na temat Avatara. Dojdzie do jakiegoś consensusu?
Paweł Świerczek: Specjalne kamery skonstruowane na potrzeby filmu, ponad 10 lat przygotowań, kilkaset milionów dolarów włożonych w produkcję. Rok podkręcania atmosfery, zapowiadania przełomu w kinematografii, arcydzieła jakiego świat jeszcze nie widział... I co? I nic. Avatar to gigantyczny techniczny fajerwerk, który bez celu migocze przed naszymi oczyma przez prawie trzy godziny.
Adam Andrysek: Jeśli chodzi o podkręcanie atmosfery, to nawet więcej niż rok, bo już kilka lat temu pojawiły się informacje o nowym projekcie Jamesa Camerona. Jedno trzeba mu przyznać - facet ma tupet - odbierając nagrodę za Titanica krzyknął: "Jestem królem świata". Ma też odwagę, w końcu podjął się bardzo ryzykownego przedsięwzięcia. I myślę, że jednak wyszedł z tego obronną ręką.
P. Ś.: Oczywiście, że wyszedł obronną ręką. W pewnym sensie. Avatar (a co za tym idzie również Cameron) zarabia krocie, a sam film bezsprzecznie jest techniczną rewolucją. Ale gdzieś w tym wszystkim znika samo opowiadanie. Dla mnie Avatar to taka meliesowska Podróż na Księżyc w 3D - kino atrakcji wizualnej, pełne interesujących tricków, wprawiające widza w osłupienie, a jednocześnie nie mające do zaoferowania nic więcej. Bohaterowie są płascy, a konflikt sprowadzony do poziomu bajki dla dzieci (liczne porównania z disneyowską Pocahontas także moim zdaniem są bardzo na miejscu). Z drugiej strony: może kino 3D, podobnie jak kino tradycyjne u swych początków, musi przejść przez ten sam etap zachwytu nad własnymi możliwościami. Tylko dlaczego my też mamy się nimi zachwycać? Możliwości to nie wszystko.
A. A.: Przede wszystkim nie jestem przekonany, że Georges Melies, tworząc wspomnianą przez Ciebie Podróż na Księżyc myślał jedynie o zaskoczeniu widza nowatorskimi efektami specjalnymi. Owszem, Melies był ich prekursorem i szczególną uwagę poświęcał wizualnej stronie swoich dzieł. Ale nie zapominaj, że zapoczątkował on także filmowy gatunek science-fiction. Zmierzam do tego, że u Meliesa nowatorska wizualność była środkiem do celu; do stworzenia fascynującej filmowej opowieści. Podobnie jest u Camerona: Avatar został wyprodukowany w technologii 3D nie dlatego, żeby udowodnić światu jaki potencjał drzemie w tego typu kinie (choć oczywiście był to jeden z celów), ale żeby możliwie najskuteczniej uwiarygodnić rzeczywistość przedstawioną i sprawić, by widz poczuł się jej częścią.
P. Ś.: Nie przeczę, że Cameron, z pomocą speców od efektów, wykreował przekonujący, porażający swoją kompleksowością świat. Chodzi mi tylko o to, że tak bardzo na tym świecie się skupił, że zupełnie zapomniał o wszystkim innym.
A. A.: Widzę, że się nie zrozumieliśmy. Mówiąc o uwiarygodnieniu rzeczywistości przedstawionej, mam na myśli nie tylko stworzenie urzekającego, wyimaginowanego świata. Chodzi mi raczej o korelację wszystkich elementów filmu, których suma pozwala mi, jako widzowi, na doświadczenie w pełni procesu projekcji-identyfikacji. Na pewno zgadzamy się co do tego, że fabuła filmu szczególnie innowacyjna nie jest. Cameron postawił raczej na sprawdzone w kulturze popularnej motywy i stereotypy. Ja go jednak całkowicie rozumiem. Nie sądzę, że "gość od Titanica" nie ma talentu scenopisarskiego. Uważam raczej, że korzystając ze znanych schematów starał się on uchronić produkcję przed ewentualną klapą finansową, bo jak już wspomniałem, stworzenie prawie trzygodzinnego filmu fabularnego w technologii trójwymiarowej wiązało się ze sporym ryzykiem. Zwrócę uwagę na jeszcze jedną kwestię. W ostatnich latach w kinie brakowało filmu "kompletnego", stwarzającego zupełnie od podstaw tak złożoną i spójną "fikcyjną rzeczywistość". Cameron wykorzystał tę lukę. Tworząc Pandorę, bawiąc się w demiurga, dał widzom możliwość zanurzenia się w świecie, którego nie znali. Oczywiście, dylematy bohaterów są przez nas spotykane na co dzień, ale przestrzeń, w jakiej bohaterowie ci się poruszają jest tak inna od naszego świata, i tak urzekająca, że moim zdaniem widowni w zupełności to wystarcza.
P. Ś.: Problem w tym, że bohaterowie żadnych dylematów nie mają. A owej projekcji-identyfikacji, o której wspominasz, ja nie doznałem. Bo nie miałem się z kim utożsamiać. Jake Sully jako główny bohater w pierwszych minutach filmu zapowiadał się naprawdę interesująco. Ale zmarnowano zarówno samą postać jak i talent Sama Worthingtona (który przecież kilka miesięcy wcześniej sprawił, że tak kiepski film jak Terminator: Ocalenie nadawał się do oglądania). Sully ma cechy bohatera, w którego mógłbym uwierzyć bez zastrzeżeń: żołnierz skazany na wózek inwalidzki, dzięki śmierci brata dostaje możliwość ponownego chodzenia - w sztucznym ciele, na obcej planecie. Nie wymagam, żeby popularne kino science-fiction było dramatem psychologicznym, ale jakiś drobny konflikt wewnętrzny aż się prosi o zarysowanie. Cameron woli jednak, żeby Sully hasał po kolorowym lesie i podniecał się fosforyzującymi kwiatkami. Takich niewykorzystanych poszlak jest w Avatarze bez liku. Nie chodzi tu o klisze czy schematy - je zawsze można wypełnić czymś świeżym (albo przynajmniej niegłupim i interesującym). Cameron nie wypełnił ich niczym. A szkoda, bo historia, choć prosta (nie chcę użyć słowa banalna), miała swój potencjał.
A. A.: Jak sam powiedziałeś, Avatar nie miał być dramatem psychologicznym. Zgadzam się, że z przedstawionej na ekranie historii reżyser mógł wycisnąć więcej, dzięki czemu wartość filmu, jako tworu artystycznego także by wzrosła. Mimo wszystko Avatara nie można spisać na straty! Podejdę do sprawy z jeszcze innej strony i spróbuję Cię przekonać. Zamiast twierdzić, że postaci filmu są psychologicznie płytkie, skłaniałbym się raczej ku opinii, że są one po prostu bardzo kontrastowe względem siebie. Może i nie mogę identyfikować się z żadnym z bohaterów, ale przecież zostaję postawiony przed jaskrawą możliwością wyboru między dobrem a złem, między ludźmi a Na'vi. Czuję złość i obrzydzenie do własnej rasy widząc, co robią oni z tym przepięknym, przepełnionym niepowtarzalną mitologią, światem. Identyfikuję się raczej z bohaterem zbiorowym. Oczywiście otaczająca nas rzeczywistość nie jest czarno-biała. Wybory nie są proste. W filmie natomiast nie ma odcieni szarości. Ale jest to zabieg celowy, mający wzmocnić pacyfistyczny, a także lekko nostalgiczny wydźwięk dzieła. Naprawdę wierzę, że James Cameron nie jest głupi (co by o nim nie mówić) i że taka, a nie inna konstrukcja postaci ma czemuś służyć. W tym wypadku tym "czymś" jest właśnie jednoznaczna interpretacja filmu; dodam, że o lekko ideologicznym zabarwieniu.
P. Ś.: No właśnie. Cameron zrobił film podszyty banalną ideologią (ileż można w taki sam sposób mówić o pacyfizmie i ekologii?), wykorzystując najprostsze środki rodem z kina propagandowego. Sam to zresztą wyłuszczyłeś: jaskrawe opozycje, bohater kolektywny, możliwość wyboru, która jest tylko pozorem (no bo jak można wybrać złych ludzi mordujących bezbronnych Na'vi?). Dodać jeszcze można średniowieczne wręcz utożsamienie wyglądu zewnętrznego z cechami osobowości. I tak czarny charakter musi mieć oczywiście szramy na twarzy, podczas gdy Neytiri (jak i każdy inny Na'vi) jest uosobieniem piękna i idealnych proporcji. Gdzie tu szumnie zapowiadana rewolucja kina? Na poziomie narracyjno-fabularnym to raczej krok wstecz. Rewolucja odbyła się tylko na poziomie technicznym. I być może dzięki temu Avatar przejdzie do historii kina - nie nam to w tej chwili oceniać, czas musi to sam pokazać. Ale kiedy (hipotetycznie) już to oszałamiające 3D na stałe zawładnie X Muzą, a my, za jakieś 5-10 lat do filmu Camerona wrócimy, nic już nas w nim nie będzie zachwycać. Bo będą (miejmy nadzieję) inne filmy na tym samym poziomie technicznym, ale zdecydowanie lepiej opowiedziane.
A. A.: Ale ta ideologia działa! Nie zapominaj, że docelową grupą odbiorczą dzieła Camerona jest widz masowy, który film traktuje jako towar, jeden z elementów konsumpcji. Taki "Kowalski", idąc na Avatara, szuka dobrej rozrywki za trochę ponad dwadzieścia złotych. W kinie chce zobaczyć tak naprawdę to, co już zna i lubi. Oczekuje on umocnienia wytworzonego w swoim umyśle wyobrażenia filmu jako struktury przewidywalnej, uruchamiającej znane, lecz oczekiwane uczucia przyjemności. Avatar jest "prosty jak konstrukcja cepa", a jednocześnie jego oglądaniu towarzyszy prawie dziecięca, nie do końca możliwa do zdefiniowania radość, wynikająca z kompletności oraz - myślę, że się zgodzisz - spójności wizji zaprezentowanej przez Jamesa Camerona na ekranie. Jestem prawie pewien, że film nie zrobiłby na mnie tak pozytywnego wrażenia, gdybym doświadczył go w "analogowej" technologi 2D. Dla mnie największą siłą Avatara jest to, co nazwałbym "idealnym oszustwem". Otóż pierwszy raz w historii kina powstał trójwymiarowy, pełnometrażowy, nieanimowany film fabularny, który choć w większości wykreowany dzięki nowoczesnym komputerom, jest tak realny, że wręcz namacalny; przypominający dokumentalne filmy przyrodnicze rodem z National Geographic. Brakuje jedynie głosu Krystyny Czubówny. Nigdy wcześniej w kinie nie widziałem czegoś podobnego i mam ogromną nadzieję, że już wkrótce dane mi będzie zobaczyć bardziej dopracowany fabularnie, lecz równie piękny wizualnie film. Może będzie to Alicja w krainie czarów Tima Burtona? Czas pokaże.
P. Ś: Realizatorsko Avatar w wersji 3D (przy całym ogromie jego zalet) ma jednak jeden mankament: brak głębi ostrości w sporej części ujęć. Ogniskowa skupia się na jednym planie, podczas gdy pozostałe zostają rozmyte. O ile w kinie tradycyjnym ów chwyt się sprawdza, o tyle w przypadku trójwymiaru jest on nie tylko irytujący, ale i mijający się z celem. Cała iluzja namacalności tego, co oglądamy pada, dlatego, że reżyser nie pozwala nam rozejrzeć się po świecie, tylko zmusza do patrzenia na konkretny przedział obrazu. Ale nie chcę się czepiać tego wszystkiego. Choć kino 3D teoretycznie istnieje już od wielu dziesięcioleci, ciągle stoi ono u progu swojej pełnoprawnej egzystencji. Dlatego też trzeba czasu żeby wyrobiło sobie swój styl, żeby znalazło swoją tożsamość i odróżniło od kina tradycyjnego. Wydaje mi się, że na dłuższą metę nie da się tworzyć filmów, które nadają się do wyświetlania zarówno w dwu- jaki w trójwymiarze. Wracając do ideologii i spełniania oczekiwań widzów: zapewne masz trochę racji w tym co mówisz. Ale mamy przecież wiele przykładów na to, że można zrobić film rozrywkowy, który niesie ze sobą coś więcej i satysfakcjonuje zarówno "przeciętnego Kowalskiego", jak i bardziej wymagających widzów. Nie trzeba daleko szukać: sam Cameron pokazał, że to potrafi, kręcąc choćby dwie części Terminatora. Zwłaszcza sequel jest znakomitym przykładem na perfekcyjne połączenie intrygującej opowieści z nowoczesnymi wtedy technikami realizacji. W przypadku Avatara to drugie dominuje nad pierwszym. Oczywiście, że można się tym zachwycać, ale dla mnie film fabularny ma na celu opowiedzenie historii. W pierwszej kolejności traktuję go jako dzieło sztuki, dopiero potem jako efekt zastosowania zestawu technicznych narzędzi.
A. A.: Ja również traktuję film jak dzieło sztuki. Mam jednak wrażenie, że nie rozumiesz idei filmu eskapistycznego. Avatar jest właśnie takim dziełem, pozwala na ucieczkę od rzeczywistości. Czy filmy naprawdę zawsze muszą mieć "drugie dno", być obarczone psychologizmem bądź licznymi kulturowymi odniesieniami? Czy kino nie może spełniać tylko (i aż!) funkcji ludycznej, czysto rozrywkowej?
P. Ś: Owszem, może. Właściwie niczego, ponad rozrywkę na wysokim poziomie, od Avatara nie oczekiwałem. Niestety, dostałem film przeciętny (w kategorii rozrywkowej, nie artystycznej). Myślę zresztą, że "rozrywkowość" i "eskapizm" nie są wystarczającym usprawiedliwieniem dla odbierania bohaterom filmu osobowości i miejsca na ekranie. Ale może źle pojmuję te terminy... Chcę tylko powiedzieć, że na tle hitów kina rozrywkowego z ostatnich lat (wymienię choćby Władcę Pierścieni czy Piratów z Karaibów) Avatar wypada bardzo blado. Pomimo tego, że jest zdecydowanie bardziej zaawansowany technologicznie. I pomimo tego, że za stronę wizualną hołdy jak najbardziej mu się należą. Metaforycznie: Cameron nacieszył moje oczy, ale nie nasycił żołądka. Może powinienem był zabrać do kina popcorn?
A. A.: Ja popcornu nie zabrałem, a i tak bawiłem się przednio. Na Avatara wybieram się ponownie. Mam już nawet bilety. Może kolejna projekcja spowoduje, że Twoje argumenty przekonają mnie trochę bardziej? A może tylko ugruntuje ona moją opinię? Tak, czy inaczej, zgadzamy się co do jednego – o Avatarze na pewno usłyszymy jeszcze nie raz…
|
Zakładki:
Nasi Partnerzy
Świat filmu
Tu bywamy, tu działamy
Najbliższe spotkanie Koła odbędzie się we wtorek, 22 lutego godz. 16:40. Tematem spotkania będzie twórczość Darrena Aronofsky'ego
|