
Tytuł: The Limits of Control
Scenariusz: Jim Jarmusch
Reżyseria: Jim Jarmusch
Zdjęcia: Christopher Doyle
Muzyka: Boris
Obsada: Isaach De Bankolé, Paz de la Huerta, Tilda Swinton, Gael García Bernal, Bill Murray
Kraj: USA, Japonia
Rok produkcji: 2009
Czas trwania: 116 min.
Zapewne każdy kinoman doświadczył kiedyś paraliżującego zachwytu czy zadumy nad filmem. Kończy się seans, pojawia się lista płac, pracownicy kina zapalają światła, współoglądający zaczynają już powoli wiercić się w fotelach, już się ubierają i wychodzą, spiesząc się nie wiadomo gdzie... A my siedzimy w osłupieniu, wpatrując się w pusty już ekran – nie wiedząc co powiedzieć, nie wiedząc co myśleć, nie mogąc się poruszyć. To taki zupełnie nieprofesjonalny, ale w dziwny sposób niezawodny miernik jakości filmu. Może zamiast popularnych gwiazdek, ocen, punktów, procentów lepiej podawać czas jaki minął od zakończenia filmu do naszego powstania z kinowego fotela?
W przypadku najnowszego dzieła Jima Jarmusha najchętniej posłużyłbym się takim kryterium. The Limits of Control to film, który nie chce być recenzowany, film, który wytrąca widzowi (a tym bardziej recenzentowi) z ręki wszystkie wypracowane w trakcie jego kinowej edukacji narzędzia. Niestety, podejmując się samobójczego zadania napisania recenzji owego dzieła, uciec się do tak prostego rozwiązania nie mogę. Choć byłoby to zapewne najlepszym wyjściem z patowej sytuacji, w której znajduje się każdy próbujący się zmierzyć się z The Limits of Control. Tekst skończyłbym mniej-więcej w tym miejscu, grzecznie dziękując i wystawiając odpowiednio wysoką notę. Może dodałbym jeszcze zarys fabuły. Choć i streszczenie filmu sprawia problem, bo nic tu nie jest takie jak się wydaje, a szczątkowa akcja jest tylko pretekstem do filozoficznych rozważań. Tak więc wszystko, co zawarte zostanie w poniższym akapicie, jest właściwie nieistotne.
Czarnoskóry mężczyzna o nieznanej tożsamości (Isaach De Bankolé) dostaje tajemnicze zlecenie. Podróżując po Hiszpańskich miasteczkach, w umówionych miejscach zamawia dwie espresso – znak rozpoznawczy, dzięki któremu kolejno odnajdują go intrygujący współpracownicy, przekazujący mu dalsze instrukcje, prowadzący enigmatyczne monologi i... odchodzący. Tajemniczemu mężczyźnie nieodłącznie towarzyszy równie tajemnicza walizka.
Kolejne sceny w nieco ospałym rytmie pojawiają się na ekranie: bohater się przemieszcza, ćwiczy jogę, spotyka się z człowiekiem przekazującym mu kolejną wskazówkę, odwiedza muzeum... i jeszcze raz, i znowu – niczym kolejne zwrotki w prostej piosence. Nuda? Wręcz przeciwnie. Paradoksalnie, ta „przewidywalność” hipnotyzuje. W napięciu czeka się na to, co powie kolejna tajemnicza postać pojawiająca się na drodze głównego bohatera i jak się to wszystko skończy. Czasu na nudę zresztą nie ma, bo w ten przewidywalny schemat wtłoczony został ogrom treści, których nie sposób ogarnąć.
Kolejne figury stające na drodze głównego bohatera opowiadają o muzyce, sztuce, filmie, bohemie, halucynacji. Zadają pytania, które protagonista zbywa milczeniem. Pytania te w jakiś sposób dotyczą samego dzieła, czasem prowokują do rozważań nad własnymi przekonaniami. Są właściwie skierowane do widza.
Jarmush nakręcił dzieło autotematyczne – to jedno z niewielu twierdzeń, które można wyrazić o filmie z jakąś dozą pewności. Wiele tu sygnałów potwierdzających tę tezę: już na samym początku podróży, zagłówki w samolocie, którym leci główny bohater mają logo „Lumiere”. Im dalej w głąb filmu, tym takich elementów więcej. Apogeum autotematyzmu The Limits of Control osiąga w znakomitym epizodzie Tildy Swinton. Aktorka, w blond peruce, opowiada o kinie, wyrażając m.in. dezaprobatę wobec Rity Hayworth, która utleniła sobie włosy na potrzeby Damy z Szanghaju. W tej scenie najwyraźniej zarysowuje się także (auto)ironia, do której niejednokrotnie ucieka się autor.
Jednak osadzenie filmu Jarmusha tylko i wyłącznie w kontekście X Muzy byłoby ogromnym uproszczeniem. The Limits of Control czytać można jako dzieło traktujące o sztuce w ogóle. Niemałą rolę odgrywa tutaj przecież muzyka i malarstwo. Jarmush bombarduje nas wielopoziomowymi aluzjami, podsuwając co raz to nowe tropy interpretacyjne, z których każdy jest tyleż uprawniony, co absurdalny. Poza tym wszystkim są symbole (jak choćby wspomniana tajemnicza walizka), które rozszyfrować można tylko w kontekście zbudowanej wcześniej interpretacji innych elementów filmu. Ale czy to aby nie za daleko posunięta nadbudowa?
Budzące się w widzu wątpliwości podsyca powracające jak bumerang stwierdzenie, iż „wszystko jest względne” (konsekwentnie podkreślane zresztą znakomitymi zdjęciami Christophera Doyle'a, do których kluczem są wszechobecne odbicia oraz załamanie ciągłości wektorów ruchu pomiędzy ujęciami). Zdanie to idealnie podsumowuje cały film, będący niczym innym jak pułapką, którą zastawia na widza reżyser. Bo skoro wszystko jest względne, to nigdy nie dojdziemy do prawdy, nawet tej zsubiektywizowanej. Wszystko, co z The Limits of Control wyczytamy, automatycznie zostaje przez sam film negowane. Jedyna odpowiedź jaką dostajemy to „wydaje ci się”. W tym momencie jakakolwiek próba interpretacji jest stąpaniem po cienkim lodzie, który prędzej czy późnej musi się załamać. Film, zgodnie z tytułem, wymyka się kontroli oglądającego. Aktywny widz-interpretator z kretesem przegrywa z dziełem i jedyne bezpieczne dla niego wyjście to wyjście z sali kinowej. Ale to przecież zwykłe tchórzostwo. Można jeszcze rzucić broń i powiedzieć „nie rozumiem”. Ale to też porażka. Najgodniejszym wyjściem będzie więc polec w walce.
A walczyć jest z czym. W arsenale potencjalnych sensów, którego część starałem się zaprezentować wyżej (a który na zaprezentowanych elementach z pewnością się nie kończy), znajduje się jeszcze coś szalenie intrygującego: wiele ujęć czy lokacji do złudzenia przypomina styl wielkich tuz współczesnej kinematografii: Lyncha, Allena, Gatlifa, Almodovara... Ale czy ten trop jest prawomocny i, jeśli tak, to dokąd nas on prowadzi? The Limits of Control zwycięża po raz kolejny: odpowiadającego na to pytanie czeka nieuchronna porażka...
W finale filmu główny bohater siedzi w muzeum sztuki współczesnej wpatrując się w ready-made: białą płachtę oprawioną w ramę. Czysta forma? A może symbol pustego ekranu kinowego? Nieistotne. Ta scena uzmysławia nam, że przez cały czas seansu mamy do czynienia ze sztuką. Sztuką, która, miast być interpretowaną, wartościowaną, ocenianą, chce być tylko (a może aż?) podziwianą. Tym tekstem dopuściłem się więc gwałtu na The Limits of Control. Ale taka już rola recenzenta...
A może to wszystko mi się tylko wydaje?
Znakomity film.*
*Dwa ostatnie zdania można czytać w dowolnej kolejności.
Paweł Świerczek